Goodbye, Atos

Jest be. Miałam jechać do Wrocławia 17 listopada. Do pracy, porządkować papiery. Korzystać z dużego miasta i zdobywać doświadczenie zawodowe. A dzień przed zrezygnowali całkowicie z projektu, bo się posypał zupełnie i nikt nigdzie nie jedzie. A we wtorek, siedemnastego właśnie, podziękowali mi za współpracę, bo niestety nasz projekt się kończy i pracy dla mnie nie ma. Dobra, przeżyłam, przebolałam. Szukam na nowo pracy.

Ale to nie o to chodzi. Atos to mój pies z psim ADHD. Często niegrzeczny, szalony, kochający wodę, ale inteligentny owczarek niemiecki. Jezdzimy z nim na szkolenie, robi postępy, nawiązuje swoje psie przyjaznie… A w zasadzie to był, jezdziliśmy, robił, nawiązywał. Bo wczoraj, gdy mieliśmy wyjeżdżać i miałam zapiąć Atosa, to niestety zobaczył psa leżącego. Początkowo myślałam, że śpi, bo nie widziałam go całego. A pózniej dostrzegłam siny język i przekrwione oczy. Zawiezliśmy go jak najprędzej do weterynarza. W tym samym gabinecie byłam o 9 z kotem, nic specjalnego mu nie było. Ale trzeba było go odrobaczyć i obciąć pazury. Nie sądziłam, że 3 godziny pózniej będę tam z psem, którego nie będzie się już dało uratować. Bo niestety Atosowi nie można było pomóc. Jedynym pocieszeniem jest, że nikt go nie otruł, nie dostał skrętu żołądka, nie udusił się. Pies, który 10 grudnia miałby rok, dostał zawału albo wylewu. A pół godziny wcześniej biegał sobie radośnie, szczekał. Nic mu nie było.

Ja wiem, że to tylko pies. Ale to był mój kochany pies. I jak na razie nic mi nie pomaga.Zdjęcie0243Goodbye, Atos.

By golondrinilla

Pracowicie

Trochę mnie tu już nie było, więc odzywam się, że żyję i wszystko u mnie w porządku. Od poprzedniego wpisu udało mi się już obronić w marcu (na piątkę!) i w ten wtorek odebrać w końcu dyplom, więc nic od mojej uczelni więcej nie potrzebuję ani ona ode mnie. Czuję się z tym nieco dziwnie, no bo skąd teraz mam mieć najświeższe ploteczki? Na szczęście pozostaje mi inwigilowanie znajomych przez internety. I dzięki zmianom w procedurze składania prac dyplomowych na UŚiu, nikt nie może mi teraz wciskać kitu, że się obronił. Mwahahaha.

Przez ten czas zdążyłam też być na 2 konkursach państwowych. Ba, dotarłam nawet do rozmów kwalifikacyjnych (z ponad 300 osób przeszłam do “finałowej” dwunastki! 12!!!), no ale cóż… Urzędnikiem państwowych w najbliższym czasie nie będę. Czego trochę żałowałam, bo praca na inwentaryzacjach stała się coraz mniej pewna i fajna. Na szczęście od końca kwietnia pracuję teraz w prywatnym archiwum (gdzie nie szukają archiwistów i jest trochę taką “Biedronką”). Niestety na zmiany i niestety benzyna mnie trochę wyniesie, ale JAKAŚ kasa będzie i COŚ w cv można wpisać. Przynajmniej wszystko legalnie, o. Ludzie są fajni, kierownicy naszej zmiany też. Zdążyłam już przeszkolić przez ten miesiąc 1 osobę. Dostałam też kartę do drzwi i W KOŃCU stałą przepustkę (z fajnym zdjęciem, że nieskromnie powiem).

I ten… to chyba tyle będzie tego w tym wpisie. Postaram się znowu coś niedługo napisać.

Hello

Zdałam sobie sprawę, że dawno mnie tu nie było i chyba należałoby to zmienić albo cuś… No więc spieszę z informacjami, co tam nowego u mnie (jeśli ktoś to akurat przypadkiem czyta).

Po pierwsze, moja przygoda ze studiami powoli się kończy, jako że za miesiąc powinnam się wreszcie obronić. Zostało mi tylko kilka drobnych spraw związanych z pracą, bo Promotor (wojskowy felczer, jak ustaliłyśmy wczoraj z Madre) zaakceptował łaskawie wstęp i zakończenie, z czego jestem niezmiernie szczęśliwa, bo kolega P. nie miał takiego szczęścia i w rezultacie pisze I rozdział. Z jednej strony już pogodziłam się, że studentką nie jestem, bo ze zniżkami pożegnałam się w listopadzie, ale chyba faktycznie ciągle tak o sobie myślę z powodu nieobronionej pracy. Jednak jak wspominałam, ma się to zmienić za miesiąc.

Wciąż sobie dorabiam na inwentaryzacjach, choć już nie tak radośnie, ponieważ:
1. zmienił się de facto właściciel firmy, bo “moja” została wykupiona przez inną i praca już nie jest taka łatwa i przyjemna
2. zmieniły się zasady, choćby samych zapisów na inwentaryzacje: w starej firmie miałam przedstawiony grafik na cały miesiąc z datami i miastami, gdzie one się odbywają. W nowej najpierw wysyłają pustą tabelkę, gdzie ma się napisać czy jest się dyspozycyjnym czy nie i ma się to odesłać jak najszybciej. A jak się odeśle, to KILKA dni później wysyłają drugi plik z informacją, w jakich miastach są inwentaryzacje, “żeby było nam łatwiej zaplanować grafik”…
3. większość ludzi jest dla mnie odpychająca, zwłaszcza kierownictwo z pierwszej inwentaryzacji. W ogóle sami ludzie zarządzający firmą są co najmniej dziwni i dziwnie działają, bo:
– podpisałam umowę z nową firmą przez biuro pracy, myślałam więc, że przedłużam umowę automatycznie ze starą, skoro zostali wykupieni przez nową. Dzwoni do mnie babka z pytaniem, “czy my jeszcze ze sobą współpracujemy?” tonem co najmniej niegrzecznym. Odpowiadam jak rzecz stoi i że sądziłam, że mam z nimi umowę też podpisaną. Na co ona “aha” i się rozłącza, a ja dalej nie wiem o co cho…
– wysłałam grafik na styczeń wg starych zasad do starej firmy i w efekcie nie załapałam się na nic. Wysłałam na luty (co prawda po pewnym czasie) ze starej firmy wg zmienionych zasad, bo tak sobie życzyli i nie dostałam nawet odpowiedzi, że dostali. Za jakiś czas dzwoni do mnie babka z nowej firmy, czy wysłałam jakąś dyspozycję, na co odpowiadam, że owszem, ale ze starej. Co bardzo ją zdziwiło, bo co prawda nie do niej wysyłałam, ale koniec końców to ona zbiera wszystkie dyspozycje i ode mnie oczywiście nic nie dostała
– tak w ogóle z właśnie nowej firmy dzwonili do mnie z propozycjami, ale z Rzeszowa albo Jasła, do którego to dojazd jest, owszem, ale z… Rzeszowa. Trochę się zdziwiłam, bo nie mam nic wspólnego z tamtym miastem i wyjaśniam, że fajnie, ale ja pod oddział w Chorzowie należę. Na co babka, suprise, zdziwiła się, bo ona mnie miała zapisaną pod ich oddział w Rzeszowie
– to co prawda nie przydarzyło się mnie, ale koleżance, która też zdecydowała się kontynuację współpracy wg zmienionych zasad. Pech chciał, że kilka dni po szkoleniu złamała rękę, więc uprzejmie wysłała im maila, że niestety przez 3 tygodnie nie mają co liczyć na grafik od niej, bo ma założony gips. Na co oni, stwierdzili, że musi im L4 donieść. Mając z nimi podpisaną umowę ZLECENIE.

Tak więc trzeba sobie szybko znaleźć coś innego, bo firma nie zachęca, choć kreują się na profesjonalnych, bo międzynarodowi i blablabla (a nie chce im się nawet poważnego maila napisać ani podpisać imieniem czy nazwiskiem).

Przez pewien czas sądziłam, że praca w kwiaciarni to jest to. Bo zatrudniłam się w jednej w Piotrowicach w styczniu. I bardzo się z tego cieszyłam, ale nie trwało to zbyt długo. Miałam mieć umowę na pół etatu, ale jak wspomniałam tylko o moim weekendowym kursie, z którego nie zamierzam rezygnować, bo płacę, to usłyszałam “ale my tu wszystkie weekendy mamy pracujące” (ostatecznie wyszło więcej niż pół etatu, bo miałam 38 godzin tygodniowo). Później wyszło, że pracować mam w godzinach 12-18 i jakakolwiek zmiana wzbudzała niechęć szefowej, W międzyczasie wciąż czekałam na umowę, ale po tygodniu usłyszałam, że szefowa jedzie na wczasy “i wiesz, nie mogłam się spotkać z księgowym, więc umowę podpiszemy jak wrócę z urlopu”. Do tego momentu myślałam sobie jeszcze “no ok”, ale zaraz potem usłyszałam, że ona by chciała umowę ze mną podpisać, ale… od 1 lutego, chociaż wracała 20 stycznia. Przy okazji nie zająknęła się słowem, co z lotto, bo miała mnie wielce na jakiś egzamin wysyłać. Inna rzecz, że byłam tak chyba 5. dziewczyną z kolei zatrudnioną tam od września, więc pani L., która też tam była zatrudniona, nie miała już za bardzo ochoty kogoś uczyć, zwłaszcza że ekstra kasy za to nie dostawała. Ani ja się nie garnęłam, bo po co mam “niszczyć” kwiaty, skoro od tygodnia 4 gotowe bukiety nie chcą zejść. Ale tak w ogóle to pani L. była super i jak szefostwa nie było, to wszystko się nam w kasie zgadzała. Jak wróciła szefowa, to pogadać z nią nie szło, bo zawsze coś, a ona sama do tematu się nie garnęła. Gdy w końcu ją dopadłam, to była bardzo zdziwiona, że chcę pogadać (taaa… jakby nie było o czym). Gdy spytałam, to jak stoi sprawa, bo widzę, że dalej kogoś szuka (prowadziła rozmowę kwalifikacyjną PRZY MNIE, niczego nie wyjaśniając) to… zaczęło mi mówić, w której gazecie w jakim dniu będzie ogłoszenie, dalej nie mówiąc, kiedy mam spadać. Ostatecznie przepracowałam tam 3 tygodnie i byłam bardzo szczęśliwa, jak mogłam sobie od tej pracy odpocząć ostatecznie.

W sądzie jak na razie praca mnie też nie czeka. Choć przeszłam I etap konkursu i napisałam dziś test, to… No cóż, co prawda odpowiedziałam na 5 pytań z 8, acz niekoniecznie poprawnie, bo do III etapu nie przeszłam. Czym bym była bardzo zdziwiona zresztą, gdyby jednak się udało. Doceniam jednak, że szybko podali wyniki z każdego etapu, bo niestety policja chyba takiego zwyczaju nie ma i czekam sobie od ponad tygodnia na wyniki. Ba, zdążyło zniknąć nawet samo ogłoszenie!

Dlatego mając tak relatywnie dużo czasu* głównie haftuję i oglądam seriale. Albo ściągam coś dla mojego Kochania. Bo to kolejna sensacja, jestem z kimś i jest fantastycznie. I na razie tyle na ten temat, przynajmniej publicznie.

 

*relatywnie dużo bo choć skończyłam studia i nie pracuję, to tyle tego czasu nie mam. A nie mam, bo od 8 lutego mamy nowego pieska, Atosa (propozycja nazwania go Brutusem lub Thorinem niestety nie przeszła), z którym trzeba latać na podwórko wte a wewte, w międzyczasie pilnując, by kot też jakoś żył.

No więc ten… zjawiłam się na uczelni wreszcie i oddałam znaczną część mojego II rozdziału i nawet dostałam wpis od Promotora. A że profesor jest osobą bardzo kochaną, to nie zjadł mnie na śniadanie i tylko rzucił “no i działamy!”. Co generalnie jest dobre, bo promotor kolegi P. powiedział, że tak pracy to się nie pisze, co jest dość przykre, bo jesteśmy z P. na tak samo bardzo zaawansowanym poziomie.

Udało mi się też oddać indeks (no bo jak tylko nasz rocznik skończył studia, to wydłużyli godziny pracy we wtorki, czyli w dniu dyżurów. W sumie można się było tego spodziewać), skreślić i w sumie mam 3 lata na obronę, ale mam sprytny plan, że obronię się jednak wcześniej.

Zarobkuję sobie dorywczo na inwentaryzacjach, za 2 tygodnie to nawet mam być kierowcą, to chyba więcej zarobię (przynajmniej w teorii, zobaczymy jak w praktyce). Rozesłałam kilka CV, jutro muszę wysłać następną partię. Nie nastawiam się na sukces, bo jednak omijam jakże atrakcyjne oferty call center, wciskania kredytów, taśm produkcyjnych i salonów gier. I po przejrzeniu mnóstwa ofert, nasuwa mi się jedno spostrzeżenie: w co 2. ofercie generalnie nie musisz nic umieć, tylko średnie wykształcenie, obsługiwać kompa i “wysoka motywacja do pracy” albo inne enigmatycznie, mądrze brzmiące określenie. I w tym momencie zapala mi się czerwona lampka, może niesłusznie: aha, mam sprzedawać kredyty/garnki/cokolwiek i będę zarabiać jedynie na prowizji. Super.

No, a tak w ogóle, to moja pizza wymiata w rodzinie do tego stopnia, że Matka kupiła puszkę pomidorów na ZAPAS: “no bo jakbyś miała znowu robić sos do pizzy, to będzie akurat”. Aktualnie w lodówce tężeją mordoklejki, a jutro będę też robić ciastka francuskie z brzoskwinią. Więc jest fajnie.

Protected:

This content is password protected. To view it please enter your password below:

By golondrinilla

Od jakiegoś czasu czuję się beznadziejnie dosyć. W zasadzie to mam niezłą huśtawkę – raz wstępuję we mnie nadzieja, a potem odzywa się rozum z intuicją. I wtedy nie jest już tak fajnie. Moja magisterka leży i gnije, i cuchnie. Ale to nie studia są powodem mojego stanu.

Jednocześnie próbuję coś zrobić se sobą, schudnąć, znaleźć nowe zajęcie, ale zarazem nie cieszy mnie to już tak bardzo jak kiedyś.

Kontakt pourywał mi się z ludźmi w realu. Zresztą gdyby Dodo się dowiedziała, co zrobiłam, to by mi tylko nakopała do mojej upośledzonej dupy. I to całkowicie słusznie, niestety.

Boru, dlaczego jestem tak życiowo nieogarnięta i robię sobie kuku na własne życzenie? Czemu jestem taka pokopana?

By golondrinilla

Mój pierwszy lapek nazywał się Misiek.

Mój dysk zewnętrzny to TARDIS.

A mój Internet to… Józek:

By golondrinilla

Po dwóch wizytach u koleżanki, z rocznym stażem małżeńskim, cieszę się, że moje sprawy sercowe zakończyły się,  ujmijmy to tak: w takim terminie a nie innym.

Bo ja dużo rzeczy umiem sobie wyobrazić, choć może nie do końca zrozumiem, no ale żeby w XXI wieku zgadzać się na to, że pierwszą rzeczą jaką mąż robi po powrocie z pracy, było rzucenie tekstu Gdzie są moje kapcie? I to tonem dość agresywnym i właśnie w ten sposób: bez jakiegokolwiek proszę czy mogłabyś? Drugą rzeczą jaką zrobił Gburek (pozwolę go sobie tak nazywać) było stwierdzenie: Daj mi piwo z lodówki.

No ok, rozumiem, że zmęczony po pracy, chce się odprężyć, a jacyś ludzie mu przeszkadzają (znaczy: goście jego żony grali w planszówkę i tak, wiedział, że tacy ludzie w tym dniu u niego się zjawią). Ale tak naprawdę w żaden sposób z nami się nie przywitał, ani nie zagadnął do nas w jakikolwiek sposób kiedykolwiek. Nic. Po prostu null, nothing y nada. A jeszcze ciekawsze jest to, że wczoraj w sumie i tak się lepiej zachowywał niż kiedy byliśmy u nich ostatnio (choć z inną ekipą).

I nie sądzę, żebym jakoś za bardzo się czepiała, bo nie jestem osamotniona w swojej opinii. Żeby się jeszcze dziewczyna postawiła mu się parę razy, to myślę, że mogłaby coś zdziałać (a na pewno wywołałaby wielkie zdziwienie u jaśnie pana). No ok, rozumiem, że ktoś lubi jak się nim trochę porządzi, zadecyduje za niego itd. Ale dać się tak traktować to moim skromnym zdanie przesada.

I w sumie nie wiem co zrobić. Nie jestem jej aż tak wielką przyjaciółką, żeby jej mówić, jak ma postępować ze swoim mężem i że powinna się postawić. Nie wiem, czy może nie jest już trochę za późno na to.

A z kolei jeżdżąc do P., mojej koleżanki z liceum, widzę, jak wraz ze swoim mężem stworzyli świetną rodzinę (bo P. ma już córeczkę) oraz że szanują i wspierają się. Różnica jest kolosalna, może dlatego, że P. ze swoim mężem byli razem wcześniej ładnych parę lat, może to wynika z charakteru dziewczyn. No ale dziwię się naprawdę, jak można było coś widzieć w Gburku. A może to było tak, jak już gdzieś słyszałam: bo kobieta ekscytuje się byle czym, a potem za niego wychodzi za mąż.

Duszpasterskie

Nie będzie mnie przez jakiś czas, mam nadzieję, że maks. 2 tygodnie, ale niestety to nie ode mnie zależy, jak długo szpital będzie ciągnąć kasę od NFZ. Będę też na bezinterneciu, więc cóż… musicie na mnie trochę poczekać. Nie powinnam też umrzeć z nudów, będę sobie robić szaliczek na drutach, co by pogodę odczarować nieco. Bo ja ciepło ani zimnolubna nie jestem, tylko umiarkowanie lubna i po prostu ZDYCHAM przy takich temperaturach (na zewnątrz 37 stopni, a w pokoju mam “tylko” 30, no super…).

No więc see you later!

By golondrinilla

The Wire – część 2. recki

Dziś będzie o 2. sezonie tego świetnego serialu.

Przyznam, że trochę się zastanawiałam, czy dalej oglądać (m.in. z przyczyn technicznych). Bałam się, że kolejna historia będzie zbyt oderwana od poprzedniej, że będzie to tylko następny do wykonania quest. Na szczęście Elficka mnie przekonała i nie żałuję tego, że dałam się namówić.

Historia z 2. sezonu wciąż jest powiązana z pierwszą, może na początku tego nie widać, ale nie rozstajemy się wcale ze starymi przyjaciółmi. Oczywiście temat narkotyków ciągle jest ważny, ale tym razem na pierwszy plan wysuwa się raczej problem przemytu, związków zawodowych i upadającego miasta. I jest to bardzo fajnie pokazane. Wierzę w to, że w Baltimore jest źle, rozumiem motywacje działań Franka, choć to co robi jest conajmniej kontrowersyjne. Oczywiście dalej mamy układy i układziki oraz świństewka z bardzo błahych powodów, które, o dziwo, przyczyniają się do wykrycia znacznie czegoś większego, niż się spodziewano. Mamy też problem zaślepienia wręcz nienawiścią, która nie pozwala patrzeć na sprawy dalej i szerzej. I jak w 1. sezonie nikt nie chciał prowadzić początkowo śledztwa, tak w tym niemal wszyscy mają na tym punkcie obsesję. Od tego sezonu widać też wyraźnie swoisty wyścig zbrojeń pomiędzy policją a przestępcami, który będzie trwał tak naprawdę przez cały czas, aż do końca serialu.

Co do postaci to przyznaję, że musiałam szybko przejrzeć sezon jeszcze raz, bo nie byłam pewna, czy niektórzy bohaterowie pojawiają się już w tym czy później. Oczywiście mamy starych przyjaciół, którzy czasem lądują w innych miejscach, zmieniają się, kombinują, “dorastają.”(Pewną zmianę widać już u Prezza, na początku serialu można go naprawdę nie lubić i mieć za idiotę, ale potem rozwija się, zaczyna myśleć, mądrzeje, a na końcu robi coś takiego, że ech… No ale nic, takie życie.) Mamy też robotników z portu: Franka, którego polubiłam i kibicowałam mu, jego bratanka Nicka, za którym też trzymałam kciuki, no i oczywiście pokręcony Ziggy. Najpierw miałam nadzieję, że Ziggy pochodzit od Zygmunta (jako, że Frank “Franooosch” Sobotka jest Polakiem), niestety nazywa się w rzeczywistości Chester. A co mu chodziło przez cały czas, doprawdy, nie wiem. Ale był tak irytujący, tak idiotyczny w zachowaniu, że się nie dziwię, że był pośmiewiskiem, choć przyznaję, że na końcu zrobiło mi się go żal.

Moje ulubione pairingi? Lester i Shardeene zdecydowanie, są razem tak uroczy i tak cudownie mało skomplikowani w tym pop… świecie, że serce rośnie. Czego nie da się powiedzieć o Jimmym z kimkolwiek (ok, oprócz jednej osoby, ale to byłby spoiler). To wspaniały policjant, ale życie osobiste ma tak popaprane jak mało kto

 

 

I teraz coś, o czym miałam napisać wcześniej, ale oczywiście dopadła mnie skleroza. A chodzi mi, moi drodzy, o modę. Tak, o gangsta style, że się tak wyrażę. Jest to coś, czego nie ogarniam i ja potrafię się tylko przy tym obśmiać (no dobra, przyznaję, Stringer i Omar wyglądają świetnie, ale to później w obrazkach). No bo powiedzcie szczerze, co jest super w ogromych ciuchach, taz z 5 numerów za duże? Ale po kolei:

“coś” na głowie, najcześciej dziwne:

  

Za duże ciuchy:

Płaszcz Ziggy’ego

 niestety nie znalazłam lepszego zdjęcia

I wreszcie fajnie wyglądający gangsta:

  

Ulubione sceny:

 

Jak mi się uda, to wstawię specjalny bonus: FRANOOSCH, czyli jak polscy emigranci grani przez Amerykańców nie potrafią wymawiać polskich imion